Świetny

Polecam obejrzeć w kinie - najlepiej IMAX . Świetnie się oglądało, a muzyka i nagłośnienie - genialne. Chciało by się oglądać dalej i dalej - ludzie w kinie siedzieli do końca napisów - nie chciało się wychodzić. Polecam

272
  • Napisz coś więcej, jak fabularnie itd.

    • Tak fabularnie to są rzeczywiście fajne momenty, są niestety też chwile zastoju. Są piękne zdjęcia i zabawne sytuacje.
      Po Ramim oczekiwałem nieco więcej, tym bardziej że miałem przyjemność oglądać go przy pracy (We Will Rock You, Madison Square Garden, kręcone w Londynie). A pracował jak szalony, podobnie jak Brian May, który czuwał nad każdym ujęciem. Moim zdaniem dali mu za mało czasu na wejście w rolę, szczególnie na ogarnięcie mowy ciała. Ty wyszło szczególnie przy Live Aid.
      Dodam jeszcze że nie podoba mi się jak przedstawili początek Live Aid w wykonaniu Queen. W filmie, tuż przed Bohemian Rhapsody, jest zdenerwowanie i niepewność. Rozumiem że Live Aid to punkt kulminacyjny tej opowieści, ale serio, Freddie i spółka zdenerwowani na scenie?!

      • Kto tam wie co im w głowach siedziało, ale spodziewałbym sie raczej ekscytacji niż zdenerwowania.

        • No pewnie tak. Obejrzyj Live Aid zanim pójdziesz na film. Będziesz miał/a porównanie.

          • Znam Live Aid bardzo dobrze, dlatego tej sceny w filmie jestem najbardziej ciekaw.

            • Zdenerwowanie, niepewność. Na pewno było! Live Aid to nie był koncert dla fanów w ramach szczegółowo zaplanowanego wstępu, gdzie każdy z widzów zapłacił za bilet by zobaczyć własnie ich. Live Aid to występ dla wszystkich, miliarda telewidzów na świecie na żywo, w czasach gdy Queen był trochę jakby na bocznym torze. Występ bez próby nagłośnienia, bez ich własnego nagłośnienia, bez ich oświetlenia, bez rekwizytów, bez dymu, bez chowającej twarze widzów ciemności. Tego dnia lekarz zabronił Freddiemu śpiewać, ze względu na fatalny stan gardła. Queen przygotowywał swoje występy bardzo drobiazgowo. Żaden najdrobniejszy element show nie mógł być pozostawiony przypadkowi. Tu inaczej było wszystko. Tu zadziała się surowa magia. Filmu jeszcze nie widziałam. mam nadzieje, że włożyli w to choć cząstkę tej magii.

              • Live Aid miało oglądać chyba ponad 1,9 miliarda ludzi. W filmie pada nawet liczba i jakoś nie widziałem by wśród wielu narzekań na nieścisłości ktoś to kwestionował.
                Nie wierzę też, że Freddie się nie denerwował. Każdy się denerwuje przed występem, nawet tacy profesjonaliści. Do tego był raczej perfekcjonistą, a taka postawa raczej dodaje emocji. Poza talentem to, że potrafił się tak niesamowicie mobilizować i dawać takie show czyni z niego legendę.

      • Nie wiem jak to w filmie pokazano, ale mieli obawy, bo nie wiedzieli co to Live Aid, nie znali Boba Geldofa. No i to był chyba ich największy koncert wtedy, a przynajmniej pierwszy na Wembley.

      • Oj to chyba nie znasz wielu szczegółów z ich kariery. Serio mogli być zdenerwowani, nawet bardzo, gdyż to szło praktycznie na cały świat. W latach 70-tych Freddiemu nieraz zdarzało się źle czuć i wymiotować przed koncertem. Kurcze, miałem nie iść, a teraz sam nie wiem...może jednak?

        • No widocznie nie... Siedziałem w tym głębiej 20-25 lat temu, teraz czasu mniej, a i pamięć już nie ta...
          Kilka miesięcy przed Live Aid dali koncert na 470 000 i 250 000 widzów, stąd moje założenie że jednak na spokojnie podeszli. Zresztą tak to wygląda na oryginalnym Live Aid, Freddie - wchodzi, pozdrawia, siada, dostraja i zasuwa. Żadnego wahania.

          • Największa publiczność:

            12.01.1985 Rio De Janeiro, Brazylia (250 000 ludzi)
            18.09.1976 Hyde Park, Londyn, Wlk. Bryt. (150 000 – 200 000 ludzi)
            20.03.1981 Sao Paulo, Brazylia (131 000 ludzi)
            09.08.1986 Knebworth Park, Wlk. Bryt. (120 000 ludzi)

            Gdzie niby te 470 000 było? Ciekawi mnie :)

            • Nie będę się spierał bo może tak, może nie. Era internetu to czasy postprawdy. Więc za wiki:
              Both Queen shows were filmed (on January 11 and January 18) and broadcast throughout Brazil by Globo. Each show was watched by nearly 200 million people in over 60 countries and in front of 350,000–500,000 people for each night setting a world record for the biggest paying audience ever at the time. It was later broadcast in the United States on MTV as "Queen: Live in Rio".[3]
              Te 470k też gdzieś na stronach wiki znalazłem ale nie chce mi się szukać i spierać.

          • Rzeczywiście, kilkakrotnie obejrzałam oryginalne Live Aid i nie widać po Freddiemu zdenerwowania. Niewykluczone, że wewnętrznie je jednak odczuwał. A tak w ogóle to film i główny aktor są już laureatami tegorocznych Złotych Globów..... Moim zdaniem jest to zwycięstwo Queen i Freddiego. To udowadnia, że ich dzieła, dokonania i charyzma Freddiego są wciąż wielkie. Show must go on.....

      • Freddie byl zawsze zestresowany przed koncertami, a Live Aid byl szczegolnym momentem, bo jak pokazano w filmie, byl to czas proby, jak ludzie zareaguja na jego pojawienie sie na scenie po tych wszystkich skandalach i po tym jak to on rozbil zespol.
        Uwielbiam te scene w filmie, bo to czysty przyklad tego, jak muzyka Queen byla kochana przez ludzi, i jak publicznosc oceniala profesjonalism Freddiego na scenie.
        Co do Malik, widac ze dal z siebie wszystko i nie sadze zeby ktos mogl to lepiej odtworzyc niz on. Byl rewelacyjny.
        Film rewelacyjny, ale fakt, bylo troche zastojow.

        • Że co? Niby w jaki sposób rozbił zespół? Co to za kolejna bzdura? Nie było żadnego rozbicia ani nawet chwilowego rozpadu zespołu aż do śmierci Freddiego! Przykładowo w 1983 roku zrobili sobie przerwę, bo chcieli od siebie odpocząć i nie miało to nic wspólnego z rozpadem. Podobnie po roku 1986-chcieli naładować baterie i zająć się czymś innym, np. solowymi projektami. Doprecyzuj proszę, co miałeś/miałaś na myśli z tym rozbiciem.

          • Jakie szczęście, ze jestem fanem ich muzyki i „performance’u” na scenie, a nie zagłębiam sie w problemy zespołu, osobiste odczucia, chronologie itd. Tak wiem, nie jestem prawdziwym fanem, ale mogę powiedziec, ze lubie Queen i pewnie dzięki temu przyjemniej obejrzy mi się ten film.

          • "Opisać Freddiego? W jednym życiu? To niemożliwe!" - odpowiedzieli kiedyś Brian May i Roger Taylor na pytanie dziennikarza lub dziennikarki na potrzeby filmu dokumentalnego o zmarłym frontmanie - "The Untold Story". Rzecziwiście Nie da się opisać Freddiego w jednym życiu, a co dopiero w ponad dwie godziny filmu. Jestem fanem... nie, wróć ... jestem fanatykiem Queen i niesamowitej charyzmy i wokalu Freddiego Mercury'ego od 28 lat. Przeczytałem niejedną biografię, obejrzałem niejeden dokument poświęcony tej legendzie oraz dziesiątki wywiadów z muzykami. Nie chwaląc się, ale wiedzę o zespole mam niemałą i gdybym nie studiował teologii, ale np. muzykologię, to z pewnością mógłbym napisać porządną, rzetelną pracę naukową i obronić ją na najwyższy możliwy stopień ;)


            Na film fabularny fani Queen czekali latami. Ja również. Obejrzawszy kilka trailerów byłem nieco sceptycznie nastawiony do całości filmu. Moje obawy potwierdziły się podczas jego projekcji. Starałem się wyłapać każdy możliwy szczegół i detal, każdy wątek z historii tej legendy. W filmie pokazane są wątki zarówno prawdziwe, ale dużo więcej jest tych nieprawdziwych. Porządek chronologiczny dość mocno kuleje. A to, co mnie najbardziej uderzyło to samo pokazanie sylwetki Freddiego. Owszem, wokalista Queen słynął z ciętych ripost i nie zawsze smacznego humoru. Nie można mu jednak zarzucić braku szacunku wobec najbliższych - rodziny oraz przyjaciół z zespołu. Czar niestety pryska! Na filmie widzimy artystę, który w pewnym momencie zamienia się w totalnego chama, buca i prostaka, który wszystko wie najlepiej, osiągnął wraz zespołem już wszystko i postanawia rzucić zespół na rzecz kariery solowej.

            Kolejna rzecz, która mi się totalnie nie spodobała to jego relacja z Jimem Huttonem, który pozostał mu wierny i położenie większego nacisku na Petera Prentera, który (i tu autentyk) zdradził Freddiego. Jest największa miłość jego życia, Mary Austin, ale jej postać jest także bardzo przekoloryzowana. Niejeden fan, nawet początkujący, wie, że relacje jej oraz reszty zespołu wcale takie idealne nie były. A co zatem z Barbarą Valentin? Dlaczego jej brak? Skąd ten pomysł o dwóch solowych płytach, podczas gdy Freddie pracował w tamtym czasie nad jedną i to za ewidentną zgodą i poparciem reszty kolegów z Queen, bez żadnych konfliktów i pokazywania swojej wyższości?

            Czy są pozytywy i momenty wzruszenia? Oczywiście, jak najbardziej! Całe Live Aid (no, może nie całe, ale 3/4 koncertu) pokazane jest bardzo realistycznie. Niejeden widz na sali sięgał po chusteczkę higieniczną , by wysmarkać nos i otrzeć łzy ze wzruszenia. Ja również do wyjątków nie należałem. To niewątpliwie jeden z najważniejszych momentów w karierze Królowej, ale szkoda, ze nie powiedziano coś więcej o pierwszej wielkiej trasie Queen po Japonii dziesięć lat wcześniej. Kolejnym wzruszającym momentem jest wątek, gdy Freddie dowiaduje się, że jest chory na AIDS i pogodzony z kolegami, przygotowując się do Live Aid, obwieszcza im tę smutną prawdę. Chociaż chronologia kuleje to niektóre utwory, będące tłem do akcji, wpasują się nawet nieźle w sytuację, np wspomnianej wieści o chorobie. Freddie po zrobieniu sobie testu wychodzi z kliniki, a w tle leci "Who Wants To Live Forever". Myślę, że scenarzysta i reżyser chciał tutaj nawiązać do filmu "Nieśmiertelny" i wątku, w którym umiera ukochana głównego bohatera - Connora McLeoda - Heather.

            Kilka słów o grze aktorskiej. Rami Malek zagrał Freddiego nieźle. Jednak fizyczne podobieństwo do oryginału jest średnie. Świetnie za to odtworzył ruchy sceniczne i mimikę. szczególnie w scenach "Live Aid". Wydaje mi się jednak, że Sasha Baron Cohen od strony podobieństwa fizycznego sprawdziłby się lepiej. Ciekawostką jest jednak fakt, że on w tym filmie momentami naprawdę - poza Freddiem i Markiem Martelem - śpiewa i gra na pianinie. Miał podczas zdjęć profesjonalna naukę gry na pianinie i śpiewu. Grający Johna Deacona Joseph Mazzello spisał się nieźle, ale momentami jego bohater został pokazany jako luzak i ten co ma nieźle gadane, cwaniaczy, a nie jest tą cichą wodą i tajną bronią w zespole. Roger Taylor, w rolę którego wcielił się Ben Hardy, pokazany został nieco zniewieściale. Brakowało w nim tej zajebistej chrypki. Aktor przyznał, że rolę uzyskał niejako podstępem. Za to najwierniej została odtworzona postać Briana Maya. Grany przez niego Gwilym Lee jest nie tylko podobny z twarzy, ale także ze specyficznego sposobu mówienia.

            Podsumowując. Moje uczucia wobec tego filmu są mieszane. Uważam, że Freddie, 27 lat po swojej śmierci, zasłużył na o wiele lepszą biografię, która stawia go w o wiele lepszym świetle, niż jest to widoczne na ekranie. Chociaż ta muzyka żyje i żyć będzie, film z pewnością sprawi, że młodsze roczniki zainteresują się tą ponadczasową muzyką, jak i historią zespołu oraz niesamowitego geniuszu, jaki miał w sobie niewątpliwie Freddie Mercury. Początkującym fanom jednak radzę nie sugerować się filmem, lecz sięgnąć po bardziej obiektywną literaturę.

            • A mnie się nie podoba jak Łodżeł trzyma pałki.

            • Witaj Bartoszu :-) I tu jesteś widzę. Czyli muzykofil i kinofil? ;-)

            • świetnie to wszystko ująłeś

            • Pierwszy raz byłam na seansie "Bohemian...." jako laik, pobieżnie znając repertuar Queen, genezę zespołu i historię Freddiego. Film mnie zauroczył,muzyka też i zaczęłam naprawdę wnikliwie,rzetelnie zgłębiać ten temat. Wsłuchuję się w utwory(całoroczną premię z pracy przeznaczyłam na zakup kilku płyt), przeczytałam jak dotąd 4 biografie Queen i Freddiego, prześledziłam filmy dokumentalne,zachwycam się koncertem Live at Wembley 86 na DVD. Pokochałam tą muzykę szczerą miłością, różnorodność stylistyczna utworów jest majstersztykiem,wielogatunkowość zapiera dech,wokal Freddiego to poezja i uczta dla duszy. Mając teoretyczną wiedzę i bogactwo duchowe na tle muzycznym w tych kwestiach,powtórnie wybrałam się do kina na niniejszy film. Owszem,nadal uważam go za wzruszający i wartościowy ale liczne nieścisłości tematyczne i chronologiczne są mniej lub bardziej rażące. Sam Rami Malek wykazał się ogromną pracą w kreacji Freddiego, jednakże daleko mu do uroku i charyzmy frontmana. Nie jest to zarzut,bo powiedzmy szczerze- takiego czaru i ekspresji scenicznej jak Freddie nie ma nikt. Tak jak nikt nie posiada tak zniewalającego wokalu. Jeśli chodzi o jego kontakt z dziennikarzami to też nie był tak arogancki jak w filmie przedstawiono. Owszem,nie przepadał za kontaktami z prasą ale był kulturalny i miły,co widziałam w autentycznych archiwalnych programach. Reasumując,dobrze, że ów film powstał bo otworzył umysły i serca na cudowne zjawisko jakim jest muzyka Queen i postac Freddiego. A testament jego trwa i trwał będzie.

          • sorki, masz racje, chcialem powiedziec rozbil WIZERUNEK zespolu. Ja pamietam dokladnie tamte czasy i mnostwo narastajacych kontrowersji obyczajowych zwiazanych z Freddy. Dla wszystkich - Freddy = Queen. Cokolwiek mowiono o Freddy, odbijalo sie na wizerunku Queen. Papparazzi tamtych czasow byli rownie dobrzy jak teraz.



        • dabram17 Rami Malek napracował się strasznie. Moim zdaniem powinien dostać nominacje do Oscara za tą rolę.

      • May sam wspominał w kilku wywiadach że przed koncertem było sporo niepewności, dawno nie grali, na próbach było niezle ale to jednak próby. Jak wiadomo po kilkunastu sekundach poszli na bogato

  • Ostatni zwiastun przed oficjalną premierą...
    http://www.youtube.com/watch?v=27zlBpzdOZg&t=3s
    Więcej najnowszych zwiastunów: Facebook Trailery Srailery

  • Tylko że niewielu ludzi w tym kraju ma możliwość pójścia do IMAX-a. Ja do najbliższego mam ponad 200 kilometrów. Sam jestem ciekaw, czy taki świetny. Śmiem twierdzić, że wątpię.

  • Na moim seansie na napisach część widzów wychodziła ale jak zaczął lecieć fragment prawdziwego koncertu, to stanęli na schodach podziwiając występ. Pierwszy raz w kinie widziałem coś takiego. Freddie nawet po tylu latach nadal ma to coś, co przyciąga uwagę, magnetyczną prezencję i głos pozostawiający czyłowieka w zachwycie.

  • Zgadzam się, że film genialny, bardzo dobrze się go oglądało. Rzeczywiście nie chciało sie wychodzić z kina i to obowiązkowa pozycja dla każdego fana.
    Jednak gryzie mnie trochę sposób przedstawienia Freddie'go. Z dokumentów, z którymi miałam okazję się zapoznać zawsze wynikało, że Frieddie był skromnym i zamkniętym w sobie człowiekiem, a dopiero po wyjściu na scenę zamieniał się w najmocniej świecącą gwiazdę, która robiła prawdziwe show. Z filmu, a przynajmniej jego pierwszej części wynika, że Freddie był dość pewny siebie i arogancki. Do tego pojawił się wątek z chwilowym odejściem Freddiego z zespołu na rzecz solowej kariery (?).
    Trochę popsuło mi to całokształt filmu. Jednak i tak chyba wszystkim fanom zespołu będzie się go dobrze oglądało, bo dobrze ogląda się film przeplatany najlepszymi utworami muzycznymi w historii.

  • Wypowiem się podobnie, jak na innym forum

    To nie jest film o Freddiem. Film o Mercurym, mówie jako fanka, nie ma prawa powstać kiedy w postać LEGENDY miałby się wcielić ktokolwiek. Prawdopodobnie nawet Mary nie czy Jim nie znali go tak dobrze, żeby móc współpracować z kimkolwiek nad scenariuszem do biografii. To była zbyt złożona osobowość i zbyt trudna postać do wykreowania jako podstawę filmu.

    To film o tym, jak Queen szedł po swoje, jak rósł i zdobywał świat. Film o tym, jak Ten Szalony Geniusz był wrażliwa dusza, prawdziwym protoplastą występów scenicznych, a równocześnie jak słabym i ufnym był wobec ludzi i jak doprowadziło go to do wielu zawirowań i jak mocno odbijalo się to na zespole (czego akurat za bardzo nie pokazali, ale dało się odczuć). To film, który pokazał Queen w najlepszych swoich czasach i jak potrafili się odrodzic w imię wyższego celu jakim tylko Live Aid (może nie każdy wie, ale ten koncert miał ogromne znaczenie na backstageu dla zespołu i dalszych losów)

    Małek odrobił lekcje. Nie powiem, że dostał 6, ale odrobił lekcje bardzo dobrze. Nigdy nie będzie Freddiem, więc dyskutowano o charakteryzacji jest wręcz śmieszne. W scenach, gdy miał na nosie okulary, albo na początku gdy wychodził na Live Aid, ogółem gdy był widoczny z tyłu to bardzo mocno zajeżdżał Mercurym. Z twarzy to wciąż Rami Malek ;) momentami trochę przerysowana postać, ale to wina scenariusza. F.M wg relacji w codziennym życiu nie był wieczna diva. Owszem, był ale nie 24%7 jak tu to pokazano.

    Co do reszty - jestem pod ogólnym wrażeniem castingu. Deaky i Brian jak wyjęciu z lat swojej młodości :D a co do Rogera - nie mogłam oczu oderwać, co świadczy tylko o dobrym wyborze. W kończy Taylor był znany z bycia tym pięknym w Queen ;)

    Zazdroszczę każdemu statyscie, który wystąpił podczas nagrywania Live Aid. Mam ciary za każdym razem, gdy oglądam koncert na YouTube, a moc nawet odegrać TEN dzien to musi być ogromne przeżycie. Uronilam lze na myśl, że nigdy nie było mi dane obejrzeć Króla na scenie ;)

    Żeby nie było tak kolorowo, to chronologia niestety leży i kwiczy w tym filmie, ALE rozumiem, że usilnie chcieli wcisnąć fakt, że Mercury miał AIDS. Swoją drogą, scena gdy idzie on do lekarza i się dowiaduję... Straszne. Tzn, nagle film wprowadza jakiś niepotrzebny wątek dramatyczny, na siłę zrobiony, tempo filmu się posypało... Koszmar, kompletnie niepotrzebny wątek.
    Co do tempa, to przez pierwszą godzinę gna okropnie, przeskakujac że sceny w scenę. Ktoś, kto nie czytał biografii pomyśli chyba, że oni tak gnali przed siebie od pierwszego spotkania.. Well, no.

    Na koniec - scena z kogutem mnie zabiła :D

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: