Bartosz Czartoryski

Rozmawiamy z Idrisem Elbą o "Lutherze" i byciu DJ-em

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+Idrisem+Elb%C4%85+o+%22Lutherze%22+i+byciu+DJ-em-131429
Filmweb sp. z o.o.
http://northernarizonabluesalliance.org/fwm/article/Ostatni+wyst%C4%99p+w%C5%82oskiego+szansonisty-131375

Ostatni występ włoskiego szansonisty

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Jakub Socha przygląda się dwóm filmom o Silvio Berlusconim – dokumentowi "My Way: Rise and Fall of Silvio Berlusconi" Antongiulio Panizziego i "Onych" Paola Sorrentino.

Jakub Socha przygląda się dwóm filmom o Silvio Berlusconim – dokumentowi "My Way: Rise and Fall of Silvio BerlusconiAntongiulio Panizziego i filmowi "Oni" Paola Sorrentino

***


Zanim usiądą przy pustym stole, Silvio Berlusconi zabiera Alana Friedmana, swojego biografa, na przechadzkę po Arcore, znanej także jako Villa San Martino – XVIII-wiecznej willi, którą kupił w latach 70. XX wieku w podejrzanych okolicznościach. To długa przechadzka – w budynku mieszczą się 72 pokoje. Poza tym Berlusconi niczego nie chce pominąć, więc zatrzymuje się nawet przy wbudowanej niejako w klatkę schodową studni, skąd dawniej czerpano wodę. Takich cudów nigdy nie widziałem, a to jeszcze nie wszystko, to dopiero początek. Już za następnym rogiem, następnymi drzwiami znajduje się kaplica z marmuru i złota, która wita każdego gościa potężnym dźwiękiem organów. Na ołtarzu ustawiono zdjęcia i prochy przodków; niedawny premier Włoch podchodzi do nich i czule się żegna. Chwilę później już jesteśmy w jego prywatnej galerii sztuki, a w niej, niespodzianka, wiszą sobie spokojnie na ścianach, niepokojeni jedynie przez dwa białe i małe pieski przyjaciółki polityka – coś między szpicem i pudlem – Rembrandt i Tycjan. Wspinając się ciągle pod górę, dochodzimy wreszcie do centrum dowodzenia, wyposażonego oczywiście w biurko, ale także jacuzzi. To tu znajduje się większość najcenniejszych pamiątek z życia, które było i które już nie wróci: puchary AC Milan, zdjęcie  matki, dzieła sztuki ofiarowane mu przez Kadafiego, nagroda Emmy, obraz z Berlusconim ubranym w strój Supermana, stary telewizor od brytyjskiej królowej, wspólne zdjęcie z Putinem i Bushem. Trzymając je w rękach, nasz gospodarz powie do kamery: "Dokonałem rzeczy wielkich, zakończyłem zimną wojnę". Żeby było jasne: zdjęcie wykonano w 2003 roku.

Dokument "My Way: Rise and Fall of Silvio Berlusconi" Antongiulio Panizziego, powstał na podstawie książki "Berlusconi: moja droga" Alana Friedmana i to Friedman, a nie Panizzie gra tu pierwsze skrzypce. "I Trust You" powie do niego przed kamerą Berlusconi, choć za dziennikarzami, jak większość polityków, nie przepada. Z tym zgodził się jednak porozmawiać i poświęcił na tę rozmowy prawie sto godzin. Całe szczęście, nie mamy tu do czynienia z farsą znaną z ostatniego filmu Olivera Stone'a, który, przepytując Putina, udowodnił, że uczciwie zapracował na tytuł "pożytecznego idioty". Friedman jest wyraźnie zafascynowany swoim rozmówcą, ale nie omija niewygodnych dla niego tematów: związków z mafią, procesów o korupcję i pranie brudnych pieniędzy, skandalu nazywanego "bunga-bunga". Raz zdarza mu się nawet wpaść w szał, krzyczy do swojego rozmówcy: basta, apeluje, że czas skończyć z kuglarstwem, czas na prawdę. Berlusconi nawet nie drgnie, z uśmiechem na ustach odpowiada: te oskarżenia to kłamstwa i kalumnie. A potem prowadzi dziennikarza do pokoju, gdzie miały odbywać się imprezy "bunga-bunga" z młodymi hostessami. 

Friedman nie przerywa kawalarzowi, daje mu się wykazać. Jego metoda jest prosta.
Jakub Socha
Wchodzimy do zwykłego, jak na Arcore, pokoju jadalnego ze srebrną zastawą na 30 osób i stołem długim na 20 metrów. "Chce pan wiedzieć, skąd w ogóle wzięło się określenie bubga-bunga? – zwraca się do Friedmana, a potem, nieproszony, kontynuuje – Wysłałem kiedyś do Kadafiego dwóch współpracowników, na miejscu zostali porwani przez lokalne plemię i przywiązani do pala. Lokalsi zaczęli tańczyć i śpiewać, Włosi zrozumieli z tego tylko dwa słowa: bunga-bunga. Kiedy po zakończonym tańca szaman plemienia podszedł do jednego z uwięzionych i zapytał: śmierć czy bunga-bunga?, ten bez wahania odpowiedział: bunga-bunga. Skończyło się na tym, że został wielokrotnie zgwałcony przez członków plemienia. Drugi z porwanych, zapytany przez szamana o to samo, co pierwszy, będąc już świadomy, czym jest bunga-bunga, wybrał śmierć. Na co szaman tak mu odpowiedział: śmierć?! Świetnie, ale najpierw bunga-bunga".

Friedman nie przerywa kawalarzowi, daje mu się wykazać. Jego metoda jest prosta: zadaje swojemu rozmówcy pytanie, na przykład dlaczego zatrudnił w Arcore gangstera powiązanego z mafią. Gdy Berlusconi odpowiada, że nic nie wiedział o jego powiązaniach ze światem przestępczym, że znał człowieka jedynie jako specjalistę od koni, dziennikarz chwilę później konfrontuje tę legendę z zeznaniami prokuratora, który mówi, że rzekomy znawca koni był tak naprawdę dostawcą narkotyków, który końmi zwykł nazywać swoich dealerów. Resztę roboty robią zręczni operatorzy, raz za razem wyłapujący detale, podkopujące wypracowywany przez tabun ludzi od PR-u wizerunek. Gdy Friedman zadaje włoskiemu politykowi jakieś niezręczne pytanie, widać od razu, jak rodzi się chaos na drugim planie: ktoś już biegnie z wyciągniętą ręką, żeby zasłonić obiektyw. Czujni strażnicy nie zadbali jednak o wszystko, raz za razem dostajemy obrazek butów Berlusconiego –  sfatygowanych i brudnych. To nie są już buty zwycięzcy, tylko starego, zmęczonego człowieka. "My Way: Rise and Fall of Silvio Berlusconi" to ostatecznie opowieść o przegranym, który uważa, że wygrał. Skądś to znamy, prawda?

W niedawnej rozmowie z Anną Tatarską Paolo Sorrentino mówił, że czekał z nakręceniem filmu o Berlusconim tak długo, bo nie chciał wchodzić w sam środek medialnego harmidru. Przywoływał przy okazji zdanie z Susan Sontag: "rzeczy zaczynają ją interesować wtedy, gdy reszta świata traci nimi zainteresowanie". Rzeczywiście, jeśli świat żyje dziś jakimś politykiem, to jest nim Donald Trump. Włosi natomiast żyją Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, wielbicielem Putina, królem mediów społecznościowych, kibicem AC Milan. Wokół Berlusconiego zrobiło się nagle cicho, publicyści wysyłają go na emeryturę, w "Onych" Sorrentino siedzi w swojej rezydencji na Sardynii i z tęsknotą czeka, aż świat się o niego upomni. Gdy do tego nie dochodzi, sam próbuje wrócić do gry, ale jest na tyle niepewny swojej kondycji, że najpierw wciela się w siebie sprzed lat i próbuje przypadkowo wybranej kobiecie sprzedać przez telefon wirtualne mieszkanie (Jak można dowiedzieć się z "My Way", Berlusconi kiedyś był w tym naprawdę dobry). W międzyczasie obserwuje roboty, które strzygą trawnik. Stara się pogodzić z żoną, chce znowu śpiewać dla niej serenady. Równocześnie jednak łypie na ciała pięknych młodych kobiet, które, prowadzone przez niejakiego Sergio Morrę, przybyły na wyspę z nadzieją, że wielki polityk spostrzeże je i odmieni ich życie.


"Oni"
Jeśli dla Sorrentino coś w ogóle jest interesujące, to to, jak zbliżająca się wielkimi krokami starość odciska się na ciele i umyśle bohatera.
Jakub Socha
Mało kto wie, ale dla Sorrentino "Oni" to nie pierwsza filmowa produkcja poświęcona Berlusconiemu, w której bierze udział. 12 lat temu zagrał małą rólkę w "Kajmanie" Nanniego Morettiego, opowiadającym o producencie filmowym, który niedawno oddał w wyborach głos na Berlusconiego, a teraz chce zrobić o nim film – chyba tylko dlatego, że jest w ciężkiej depresji spowodowanej długami i widmem rozwodu, która odebrała mu możliwość trzeźwego myślenia. Moretti wykorzystuje tu tak lubianą przez siebie formułę filmu w filmie; obserwujemy fantazje na temat powstającego filmu o Berlusconim, gdzie pospiesznie skatalogowano najważniejsze fakty z jego życia, reżyser jednak dużo więcej miejsca poświęca problemom osobistym producenta oraz problemom, z którymi musi zmagać się ktoś, kto chce wyprodukować film o niedawnym premierze Włoch. Pokazuje z jednej strony infantylizm, z drugiej – strach pomieszany z serwilizmem i ignorancją. "Oni" to w gruncie rzeczy także kino uników, nie wydaje się jednak, żeby wynikały one tym razem ze strachu, raczej z artystycznych pasji.

W "Kajmanie" pojawia się postulat, że powinno się wrócić do wspaniałej tradycji włoskiego kina politycznego, które uprawiali chociażby Elio Petri czy Francesco Rosi. Po obejrzeniu "Onych" widać, że to nie jest tradycja, do której jest najbliżej Sorrentino. Na układ polityczny, korupcję elit, przestępstwa na szczytach władzy patrzy co najmniej jak na spektakl, który rozgrywa się za szybą. Jest w tym spojrzeniu zawsze dystans i ironia, nie ma publicystycznego ognia, chęci, by komuś dopiec, zdemaskować korupcjogenną sieć zależności, mechanizmy wytwarzania przemocy. Jeśli dla Sorrentino coś w ogóle jest interesujące, to to, jak zbliżająca się wielkimi krokami starość odciska się na ciele i umyśle bohatera. Figura zawiedzionego i rozgoryczonego mężczyzny, który nie odnalazł spełnienia i który nie potrafi pogodzić się z tym, że wszystko powoli się kończy, tak mocno się odciska na jego filmach, że praktycznie przysłania cały świat. W "Onych" wdziera się on z dużą siłą: orgią kolorów, zastępem pięknych, młodych kobiecych ciał, muzyką, intensywnością przyrody, ale ostatecznie jest tylko lustrem, w którym przegląda się Berlusconi. To on jest tutaj bogiem i dlatego – robiący wszystko, żeby wejść w jego buty – Morra nie może być dla niego żadnym punktem odniesienia. Jego gra z Berlusconim od początku skazana jest na porażkę; mówimy po prostu o zawodnikach, którzy walczą w zupełnie innych kategoriach wagowych. Jakby świadomy tej nieprzystawalności bohaterów, Sorrentino próbuje jakoś poszerzyć swój film, buduje na przykład pospieszne metafory włoskiego społeczeństwa – oto śmieciarka wpada widowiskowo wprost w starożytne ruiny na oczach żyjących tylko zabawą hostess. Oto figura Chrystusa zostaje wydobyta z gruzów przy niemym towarzystwie przeżywających swoje kanapki i papierosy robotników. Co możemy z nich wyczytać – że śmieć zalał kulturę? Że duch upadł pod naporem znudzenia i otępienia?

Największym problemem filmu Sorrentino nie są jednak nachalne metafory, tylko to, jak pokazuje się tu kobiety. Wyłączając młodą aktorkę i współpracowniczkę Morry, mającej świadomość dwuznaczności spektaklu, w którym bierze udział (każda z nich zrobi z niej zupełnie inny użytek), pozostałe kobiety zaproszone najpierw do Morry, a potem do Berlusconiego są pozbawionymi jakiejkolwiek podmiotowości ciałami, które wyginają się wokół potężnych protektorów. Są jedynie pięknymi, pazernymi kukiełkami. Nie wiemy nic o ich pragnieniach, aspiracjach, dostajemy w zasadzie tylko niewinny, kiczowaty, nie mogący się skończyć bal.

To, że bale urządzane przez byłego właściciela AC Milan, wcale nie były takie niewinne, dobrze pokazuje mało znany film "Berlusconi i damy" Franco Fracassiego. Jest to szary dokument, opowiadający raczej o prozie życia, które w niczym nie przypomina imprezy z muzyką klubową w słonecznej willi. Najważniejszą jego częścią są wywiady z dwoma młodymi kobietami, które brały udział w organizowanych przez Berlusconiego balach. Na tle zwykłych mebli z płyty paździerzowej odtwarzają sytuacje dużo mniej kolorowe od tych, które możemy zobaczyć w "Onych". I równocześnie dużo bardziej poruszające. Tworzą one historię podporządkowania, a potem zastraszania; przemocy i bezkarności mężczyzny, który nie cofnie się ani na krok przed spełnieniem swoich zachcianek, a potem zrobi wszystko, żeby nie zostały one upublicznione. U Sorrentino Berlusconi jest w gruncie rzeczy nieszkodliwym satyrem, któremu tylko śmierdzi z ust. Z filmu Fracassiego wyłania się inny obraz – predatora, który wykorzystuje władzę. Działającego niemalże jawnie, wielbionego w swoim kraju przez lata, nie tylko przez mężczyzn. Czy to metafora włoskiego społeczeństwa? Raczej jego rzeczywistość. 
6