Recenzja filmu Winni (2018)
Gustav Möller

112, zgłoś się

Kryzysowa sytuacja fabularna i dosłowne "uwięzienie" w kadrze składają się na okoliczności sprzyjające introspekcji. Bohater nie ma wyjścia, musi poddać się próbie charakteru: przeprowadzić ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Winni (2018)
Nie ma złych pomysłów na film, są tylko pomysły niewykorzystane. Magię kina – dreszcze, śmiech, łzy i inne atrakcje – da się wyciskać nawet ze skrajnie nieatrakcyjnych sytuacji. "Filmowość" nie jest cechą immanentną; wszystko może być filmowe, jeśli tylko znajdziesz na to odpowiedni pomysł. Dowód w sprawie: minigatunek "facet z telefonem", zbudowany na wierze w to, że 90 minut zbliżeń na gadającego do słuchawki gościa wystarczy, by utrzymać widza w fotelu. Polski wariant z telefonującym biegaczem ("Wściekłość") nie wyszedł może najlepiej, ale Colin Farrell, Tom Hardy czy Ryan Reynolds udowodnili, że da się wdzięcznie i kinowo mówić do siebie choćby w budce telefonicznej, samochodzie czy nawet trumnie. W "Winnych" rękawicę podejmuje duński debiutant, Gustav Möller, który z całego wachlarza "najmniej filmowych zawodów świata" postawił na operatora telefonu alarmowego. Jak to się mówi po angielsku, "good call": po seansie raczej nie będziecie dzwonić z pretensjami pod 112. 

Co ciekawe, "telefoniczne" thrillery często przybierają formę moralitetu – tak jest i tym razem. Fabularne okoliczności czy omawiany przez słuchawkę temat zazwyczaj stanowią przecież jedynie punkt wyjścia, pretekst do przyjrzenia się bohaterowi. Sednem gatunku są psychomachia i psychoterapia: przykuty do telefonu nieszczęśnik staje przed moralnym dylematem i musi "przegadać" swój problem. Kryzysowa sytuacja fabularna i dosłowne "uwięzienie" w kadrze składają się na okoliczności sprzyjające introspekcji. Bohater nie ma wyjścia, musi poddać się próbie charakteru: przeprowadzić bilans moralny i rachunek sumienia. Nic zatem dziwnego, że najlepiej sprawdza się tu protagonista ze skazą, taki który ma swoje do przerobienia. Nieprzypadkowo "winni" figurują już w tytule filmu Möllera

Nasz bohater, Asger Holm (Jakob Cedergren), choć dzielnie służy i chroni na odległość, nie jest bowiem nieskazitelny. Zamiast herosa czuwającego cierpliwie pod numerem 112 Möller proponuje mężczyznę wewnętrznie skonfliktowanego. Widzimy – i słyszymy – jak Asger sprawnie udziela pomocy kolejnym dzwoniącym, dzielnie przebija się przez komunikacyjne przeszkody, cierpliwie znosi rozmówców bezczelnych bądź będących "pod wpływem". Zarazem jednak – niemalże mimochodem – reżyser niuansuje portret policjanta, podsuwa naszej uwadze kolejne niepokojące detale, poszlaki, aluzje. Tu obandażowany palec, tam niewygodny telefon od dociekliwej dziennikarki, gdzie indziej opryskliwa wymiana zdań z którymś ze współpracowników czy niespokojne zachowanie samego funkcjonariusza. Coraz wyraźniej dociera do nas, że Asger sam ma coś na sumieniu i choć zachowuje zimną krew przy słuchawce, między kolejnymi połączeniami zaczynają puszczać mu nerwy. Kiedy więc odbiera wreszcie zgłoszenie, które wprawia w ruch intrygę, akcja zaczyna biec dwutorowo: zarazem przed siebie, tropem dramatu po drugiej stronie linii, i wgłąb, tropem tajemnicy Asgera.

Złośliwiec powie oczywiście, że to nie film, tylko słuchowisko radiowe. Faktycznie: wobec wizualnej monotonii – zamknięta przestrzeń, jeden bohater – Möller musi pracować przede wszystkim z dialogiem. W jego rękach wszelkie ograniczenia konwencji wyrastają jednak na atuty. Dużo tu zręcznej gry z naszą wyobraźnią, przemyślanych dźwiękowych podpowiedzi i stymulantów. Okazuje się, że same brzmiące w słuchawce głosy zapłakanej kobiety, przestraszonego dziecka czy zdenerwowanego mężczyzny mogą mówić równie wiele, co linijki dialogów i podawane wprost "twarde fakty". Ekranowe napięcie rodzi się bowiem w przestrzeni między tym, co wiemy, a tym, czego nie wiemy. Sytuacja po drugiej stronie słuchawki wymaga od nas, by ją sobie dopowiedzieć, dowyobrazić, co siłą rzeczy angażuje w dwójnasób. Co więcej, Möller nie składa kompletnie wizualnej broni: bawi się montażem i scenografią, intensyfikuje doznania, z biegiem filmu robi się coraz ciaśniej i ciemniej. A wszystko to oczywiście dźwiga na swoich barkach Jakob Cedergren, uwięziony w permanentnym reaction shocie i przymuszony do aktorskiego tour de force. Zgrabnie lawirując między irytacją a spolegliwością, zimnym profesjonalizmem a pasją, poczuciem winy a poczuciem obowiązku, tworzy wiarygodną, wielowymiarową postać. 
 
Wielowymiarowy – mimo gatunkowej, adrenalinowej kanwy – jest zresztą cały film. Owszem, znajdziemy tu pochwałę anonimowych bohaterów, którzy czuwają na posterunku po drugiej stronie słuchawki, gotowi pomóc, kiedy tylko ktoś wykręca 112. Na tym jednak nie koniec. "Winni" przestrzegają też, że szlachetne intencje to broń obosieczna; że wyciągając do kogoś pomocną dłoń, musisz wziąć odpowiedzialność za podjęte działanie. Möller nakręcił trzymającą na krawędzi fotela opowieść o władzy, o polu minowym decyzji i o zgubnej łatwości wydawania sądów na odległość, w eter. Sądów, które mogą mieć przecież dramatyczne skutki, ratować życia, ale i pogrążać życiorysy. Nie inaczej: podnosząc słuchawkę, igramy z moralnością. Nie ma się co dziwić, że niektórzy nie lubią rozmawiać przez telefon.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry