Recenzja filmu Planeta Singli 2 (2018)
Sam Akina

Aplikacja: aktualizacja

Może i nie wszystko jest tu złotem – zwłaszcza wątek Aleksandra (Kamil Kula), dybiącego na Anię geniusza nowych technologii, który ani przez chwilę nie wygląda na wiarygodnego rywala dla ...
Filmweb sp. z o.o.
Przez chwilę wydawało się, że Mitja Okorn jest jedynym człowiekiem, który pod naszą szerokością geograficzną "umie" w komedię romantyczną. To spod jego ręki wyszły przecież nieliczne filmy, które rzetelnie reprodukują w polskim kontekście ową gatunkową formułę: "Listy do M." oraz pierwsza "Planeta singli". Kiedy więc okazało się, że za sterami "dwójki" zabraknie Okorna, można było oczekiwać równania do krajowej średniej – oczywiście równania w dół. A tu proszę – cytując Tomasza Karolaka – "niespodzianka, niespodzianka". Możecie mówić, że oszalałem, że oślepłem i ogłuchłem albo że uderzył mi do głowy firmowany przez film batonik (to akurat nieprawda, nie jadłem), ale "Planeta singli 2" podobała mi się bardziej od części pierwszej.

photo.title

Oczywiście Okorn zawsze był tylko ostatnim ogniwem długiego kreatywnego łańcuszka zaplecionego przez duet Drabik/Chaciński. Panowie postanowili przeszczepić na polski grunt model kina producenckiego, w którym kwestia autorstwa zostaje rozmyta. Na sukces poprzedniego filmu pracował przecież nie tylko Okorn, ale i – dosłownie – cały zastęp scenarzystów. Sam Akina, który stanął tym razem za kamerą, był zresztą jednym z nich. Zmiana na fotelu reżyserskim nie jest więc żadną rewolucją. Rewolucją nie jest też sam film – bo być nie ma. Kto spodziewa się czegoś więcej niż solidnej realizacji schematu, ten nie ma czego na tej planecie szukać.
  
Co ciekawe, to właśnie "sequelowość" filmu – zazwyczaj oznaczająca powtórkę z rozrywki – okazuje się jedną z jego zalet. Historia biegnie oczywiście według schematu, z grubsza wiadomo, kto się tu w kim zakocha i kto w finale stanie u czyjego boku. Ale fakt, że przekroczyliśmy rubikon happy endu, wychodzi historii na dobre. Zawsze przecież ciekawie zajrzeć poza sakramentalne "żyli długo i szczęśliwie", by zrewidować perfidne przemilczenie, jakie jest udziałem całego gatunku. Ania (Agnieszka Więdłocha) i Tomek (Maciej Stuhr) odkrywają bowiem, że fanfary były przedwczesne, a oni chyba nie są dla siebie stworzeni. Pech chce, że nie mogą jednak po prostu odwrócić się na pięcie, trzasnąć drzwiami i nigdy więcej na siebie nie patrzeć. Muszą bowiem wystąpić w wigilijnym show, odgrywając na oczach milionów telewidzów zakochaną parę. Zwieńczeniem imprezy ma być zaś – o ironio! – premiera nowej wersji tytułowej aplikacji: program, który matematycznie wygeneruje każdemu tożsamość jego idealnej drugiej połówki. Przesłanie w sam raz na komedię – nomen omen – romantyczną: prawdziwa miłość to ani bezduszne procenty zgodności, ani pusty rytuał słów i gestów. Ani szkiełko i oko smartfona, ani cały performans "bycia zakochanym". Innymi słowy: patrzaj w serce.

photo.title

Sequel to jednak wciąż sequel, nie dziwcie się więc, że pojawiają się elementy, które sprawdziły się za pierwszym razem. Przede wszystkim wraca drugoplanowy duet Weroniki Książkiewicz i Tomasza Karolaka, po raz kolejny kradnąc dla siebie film. Ich Ola i Bogdan znowu padają ofiarą komicznego nieporozumienia, które staje się przyczynkiem do ciepłej satyry na newage'ową nowomowę oraz stereotypowy podział męskich i żeńskich ról. Dość powiedzieć, że w ich wątku spotykają się hiperseksowni jogini i… Rocky Balboa. Powtórka to jednak nie wszystko, nie brak też dyskretnych "upgrade'ów". Więdłocha i Stuhr są bardziej zadomowieni w swoich rolach i tworzą dużo bardziej iskrzącą parę niż poprzednio (w sumie nic dziwnego: "kryzys w związku" to chyba dużo wdzięczniejsze aktorskie zadanie niż tryb "in love"). Z kolei Danuta Stenka (jako Krystyna, matka Ani) dostaje szansę na rozluźnienie po dość drętwym występie z "jedynki". Do kosza poszedł też pomysł, by bezwstydnie – i bardzo łatwo – podlizać się widzowi szlagierem Grechuty"Planeta singli 2" nie musi chwytać się podobnych protez, by osiągnąć, co zamierza. Może i nie wszystko jest tu złotem – zwłaszcza wątek Aleksandra (Kamil Kula), dybiącego na Anię geniusza nowych technologii, który ani przez chwilę nie wygląda na wiarygodnego rywala dla Stuhrowego Tomka. A mimo to film nie zawodzi. Gdy trzeba, rozbawi, gdy trzeba wzruszy, a wszystko w zwartym, równym rytmie, bez dłużyzn i większych komediowych mielizn, ze zwieńczeniem w postaci intensywnego finału.

photo.title

Jest co chwalić. Kino popularne to bowiem – wbrew pozorom – niezwykle trudna forma. Trudna, bo wymaga nie lada ekwilibrystyki w zarządzaniu oczekiwaniami, zmyślnego lawirowania między tym, co widz chce dostać, a tym, co dostać powinien. Istna sztuka kompromisu. Nic zatem dziwnego, że "Planeta singli 2" jest filmem kompromisowym. To kino niby kosmopolityczne i niby podczepiające się pod trendy: Warszawa wydaje się tu przecież leżeć rzut beretem od Los Angeles, Polska ma swojego Steve'a Jobsa, a w obsadzie filmu nie brakuje popularnej blogerki modowej. Ale twórcy nie odcinają się od korzeni i lokalnej specyfiki. Wręcz przeciwnie, patrzą na przeszłość z czułością, z nostalgią – bo jak inaczej czytać epizodyczne występy Karola Strasburgera i Witolda Paszta? Zresztą nawet sama formuła komedii romantycznej i jej uwikłanie w biznesowo-przemysłową machinę są tu potraktowane z podobną ambiwalencją. Ów wzorcowo "gatunkowy", naszpikowany lokowaniem produktów film dyskretnie wytyka przecież ślepe plamki konwencji i ostrożnie dystansuje się od desperackich marketingowych zabiegów. Mniejsza o to, czy działa tu przekora Chacińskiego i Drabika, czy po prostu ich sprytny biznesplan. Ważne, że ten kompromis nie śmierdzi, tylko pracuje na inkluzywność (nieprzypadkowo obok "januszowatego" bohatera Karolaka mamy tu "przegiętego" bohatera Piotra Głowackiego). A że inkluzywność sprzyja wynikom w box-offisie, to już inna sprawa.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (44 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry