Recenzja filmu Bergman - Rok z życia (2018)
Jane Magnusson

Artysta też człowiek

Wbrew tytułowi, "Rok z życia" nie ogranicza perspektywy do 12 miesięcy. Pełniąca funkcję narratorki Magnusson prowadzi widzów w obu kierunkach biograficznej osi czasu. Bada powtarzalność ...
Filmweb sp. z o.o.
By wziąć się za bary z życiem i dziełem Ingmara Bergmana, potrzeba sporych ambicji i takiej samej cierpliwości. Jane Magnusson wykorzystuje 100-lecie urodzin szwedzkiego klasyka jako pretekst do rozplątania autobiograficznych nitek z kłębowiska jego 48 filmów, 125 spektakli teatralnych i 20 telewizyjnych, 3 oper, 40 słuchowisk radiowych, 12 osobnych scenariuszy, 19 dramatów i 2 książek. Tworzenie było dla Szweda synonimem istnienia. W "Bergmanie – Roku z życia" Magnusson dowodzi, że autor "Persony" czerpał inspiracje przede wszystkim z własnej biografii, ukrywając się w tworzonych przez siebie postaciach, sytuacjach i dylematach. Sztuka była dla niego narzędziem samopoznania, fotel reżysera – odpowiednikiem kozetki u psychoanalityka, twórczość – aktem spowiedzi.


Jeśli w odniesieniu do giganta X muzy pada epitet "predator", wiedzcie, że nie macie do czynienia z hagiografią. Szwedzka dokumentalistka zna grzechy twórcy "Milczenia", lecz po raz drugi po "Więcej niż Bergman" nie korzysta z sensacyjnych nagłówków. Nie w głowie jej także porywanie się z motyką na słońce i malowanie epickiej panoramy osób i dzieł, w której niechybnie zginąłby sam bohater. Do ogromu biograficznego materiału Magnusson znów przykłada filtr wymuszający ostrą selekcję wątków. W poprzednim dokumencie za taką soczewkę posłużyli jej słynni filmowcy na czele z Larsem von Trierem, Woodym Allenem i Martinem Scorsesem. Wówczas tematem był rozsadzający im głowy subiektywny portret filmowego olbrzyma. W "Bergmanie – Roku z życia" interesuje ją wycinek z kalendarza, rok 1957, kiedy to artysta realizował sześć produkcji, czas dzielił między pracę w kinie, teatrze i telewizji a wędrówki od szpitala do kolejnych kochanek. To właśnie wtedy, wraz z sukcesem "Siódmej pieczęci" i "Tam, gdzie rosną poziomki", Bergman zapewnił sobie całkowitą artystyczną wolność.

Wbrew tytułowi, "Rok z życia" nie ogranicza perspektywy do 12 miesięcy. Pełniąca funkcję narratorki Magnusson prowadzi widzów w obu kierunkach biograficznej osi czasu. Bada powtarzalność charakterów i wydarzeń z dzieciństwa, lęków egzystencjalnych i przemian duchowych reżysera, które odbiły się w dziełach z '57, a które później nie raz jeszcze znajdowały odzwierciedlenie na kinowym ekranie. Za źródło poznania służą Magnusson nie tylko gadające głowy – od profesorów literatury i współpracowników Bergmana przez żyjących klasyków skandynawskiego kina aż po samą Barbrę Streisand. Reżyserka łączy w przejrzystą narrację materiały z planów filmowych i prób teatralnych, ustępy z prywatnych notatników, fragmenty wywiadów i programów telewizyjnych. Momentami film przyjmuje na poły biograficzną, na poły filmoznawczą postać wideoeseju (są to fragmenty o niebo klarowniejsze od gęsto zapisanych analiz porównawczych i literackich biografii). Co ciekawe, strategię naprzemiennych retro- i futurospekcji można wywieść z autorskiego doświadczenia Bergmana. Sam rozpinał swoje filmy między dwoma biegunami: powrotem do dzieciństwa i lękiem przed śmiercią.


Na tropie analogii między twórczością a życiem duchowym Bergmana pojawiają się także nieuniknione pytania o możliwości artysty. Czy człowiek rodzi się geniuszem? A może geniusz hartuje się w ogniu krytyki? Czy sztuka usprawiedliwia artystę? Czemu uznane teksty kultury tak często zostają okupione fizycznym cierpieniem twórcy? Skąd u artystów tyle samotności, skoro towarzyszy jej tęsknota do ludzkiej wspólnoty? Bergman z "Roku z życia" prowokuje do postawienia tych pytań. Składa się także z licznych paradoksów. Wychowany w duchu luterańskiego etosu stał się Kolumbem ludzkiego wnętrza, z jego mrokiem i niejednoznacznością. Choć lękał się kobiet, bałaganił w życiu miłosnym niczym rasowy donżuan. Będąc pracoholikiem, lenił się jako głowa rodziny. Dyktator dla współpracowników, w oczach swoich aktorów dostrzegający jednak odbicie własnej duszy. Zahipnotyzowany przez Hitlera negacjonista, a następnie radykalny przeciwnik wszelkich politycznych ideologii. Podejmujący fundamentalne egzystencjalne tematy outsider, uzależniony od jogurtu i herbatników. Dezertet ze świata, niezdolny do wzięcia odpowiedzialności za coś więcej niż własna twórczość.

Bergman okazuje się człowiekiem – w całej wadliwej okazałości. Magnusson nie pozbawia go śmiesznostek i lęków. Nie oczyszcza go. Pokazuje, że borykając się z własnymi demonami, sam miał w sobie coś z demona. To portret fascynujący przez swoją niejednoznaczność – z jednym, kluczowym zastrzeżeniem. Kogo – tak jak niegdyś nieodżałowanego Zygmunta Kałużyńskiego – mierzi ta twórczość, ten będzie zgrzytał zębami. Magnusson nie portretuje świętego, ale wznosi pod niebiosa jego dzieło. W 11 lat po śmierci artysty warto podjąć próbę uczciwej oceny tego dorobku. "Ukamienowali go pomnikiem", napisał Lec. Oby to samo nie spotkało twórczości Bergmana.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry