Recenzja filmu Narodziny gwiazdy (2018)
Bradley Cooper

My Fair Lady Gaga

Film ogląda się z przyjemnością przede wszystkim dzięki parze odtwórców głównych ról. Nawet jeśli fabuła wydaje się momentami naiwna i zbyt pośpiesznie opowiedziana, ekranowa chemia między ...
Filmweb sp. z o.o.
"Narodziny gwiazdy" zelektryzowały Wenecję do tego stopnia, że podczas galowego wieczornego pokazu w budynek Palazzo del Casinò strzelił piorun. Chwilowa awaria projektora nie ostudziła bynajmniej entuzjazmu publiki. Już teraz amerykańscy korespondenci spekulują, na ile oscarowych nominacji może liczyć reżyserski debiut Bradleya Coopera. Kto by pomyślał, że utwór będący trzecim z kolei (!) remakiem filmu z 1937 roku wzbudzi aż takie poruszenie wśród wybrednej festiwalowej klienteli. Jak widać, bezustanny recykling tych samych historii nie musi być traktowany jako największa bolączka współczesnego kina rozrywkowego. Potrzeba jedynie twórców, którzy potrafią opowiadać stare baśnie w nowy, interesujący sposób.   

Cooper nie miał ostatnio dobrej passy. W 2015 roku wystąpił w aż czterech finansowych klapach z rzędu. Mimo to pracując nad "Narodzinami...", podjął szereg potencjalnie ryzykownych decyzji, które mogły do reszty pogrzebać jego hollywoodzką karierę. Po pierwsze, postanowił, że nie tylko wyreżyseruje film, ale także zagra w nim jedną z głównych postaci. Po drugie, choć do tej pory nucił jedynie pod prysznicem, zdecydował się wykonać osobiście wszystkie partie wokalne swojego bohatera, legendy muzyki country. Najbardziej ekstrawaganckim pomysłem wydawało się jednak powierzenie tytułowej roli Lady Gadze. Chyba mało kto wierzył, że czołowa niegdyś skandalistka show-biznesu, która w 2010 roku na rozdanie MTV Video Music Awards przyszła w sukience z surowej wołowiny, zagra śpiewająco zakompleksioną początkującą piosenkarkę. A jednak!

Ona ma na imię Ally i wciąż znajduje się po słonecznej stronie życia. Za dnia pracuje jako kelnerka, a wieczorami dorabia w klubie, śpiewając piosenki Edith Piaf. On, Jackson Maine, jest gwiazdą, a zarazem wrakiem człowieka. Traci słuch, jest uzależniony od alkoholu, narkotyków i leków. Dzięki przypadkowemu spotkaniu oboje dostają szansę na odmianę losu. Ona zyskuje mentora, on - muzę. W rękach Coopera mit Galatei i Pigmaliona zamienia się w gorzką bajkę o blaskach i cieniach przemysłu rozrywkowego, a także o trudzie zbudowania harmonijnego związku przez parę artystów. Zwłaszcza, gdy jedno osiągnęło już szczyt swoich możliwości, a drugie dopiero się rozkręca.

Maine jak mantrę powtarza słowa, że każdy człowiek obdarzony jest jakimś talentem, ale tylko nieliczni za jego pomocą mają światu coś do przekazania. Film pokazuje jednak, jak trudno jest obronić artystyczną niezależność w zderzeniu z show-biznesową machiną. Pod naciskami wpływowego menedżera Ally radykalnie zmienia swój wizerunek, przeobrażając się powoli w sztuczny marketingowy produkt dla mas. Przyglądając się jej scenicznej transformacji, trudno nie mieć skojarzeń z karierą samej Lady Gagi.  Charyzmatycznej piosenkarki obdarzonej potężnym głosem, a zarazem oskarżanej przez wielu o schlebianie najniższym gustom. Czyżby rola w "Narodzinach gwiazdy" była dla niej formą rozliczenia się z przeszłością?

Film ogląda się z przyjemnością przede wszystkim dzięki parze odtwórców głównych ról. Nawet jeśli fabuła wydaje się momentami naiwna i zbyt pośpiesznie opowiedziana, ekranowa chemia między Cooperem a Gagą wynagradza wiele. Para wypada rewelacyjnie zarówno w kameralnych, intymnych scenach jak i podczas występów przed tysiącami słuchaczy. W tym miejscu słowa uznania należą się operatorowi Matthew Libatique'owi, który muzyczne show sfilmował w równie efektowny sposób jak baletowe pląsy w "Czarnym łabędziu". Kamera wykonuje tu dziki taniec wokół bohaterów, wciskając się w każdy wolny centymetr sceny. Skupia się na detalu i przepływie emocji między artystami. Dodajcie do tego pierwszorzędną robotę specjalistów od udźwiękowienia (podczas scen koncertów poczujecie się, jakbyście sami stali na estradzie) oraz wpadające w ucho piosenki (zaprawdę powiadam Wam: Shallow będzie hitem). Otrzymacie wówczas nie tylko solidny, angażujący emocjonalnie melodramat, ale również rewelacyjne widowisko muzyczne. Hollywoodzki miód dla oczu i uszu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (265 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)