Recenzja filmu Ocean ognia (2018)
Donovan Marsh

Na głęboką wodę

Scenariusz nie jest wolny od absurdów, delikatnych dłużyzn i ociekających patosem dialogów. W swoich najlepszych momentach "Ocean ognia" sprawdza się jednak jako bezpretensjonalne połączenie ...
Filmweb sp. z o.o.
"Ocean ognia" przez blisko rok znajdował się w tzw. czyśćcu produkcyjnym z powodu sporu finansowego między twórcami a zbankrutowanym studiem Relativity Media. Oglądając gotowy film, ma się jednak wrażenie, że jego scenariusz przeleżał na półce znacznie, znacznie dłużej. Ekranizacja powieści Dona Keitha i George'a Wallace'a przywodzi na myśl hollywoodzkie akcyjniaki ze złotych lat 90. Były to czasy, gdy niezłomni bohaterowie komunikowali się ze sobą przy pomocy one-linerów, komputerowym efektom daleko było do perfekcji, zaś granica między śmiertelną powagą a niezamierzonym komizmem bywała umowna. Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak mogłoby wyglądać połączenie "Polowania na Czerwony Październik" z "Air Force One", trafiliście pod właściwy adres.


Bohater Gerarda Butlera nazywa się Joe Glass, ale nerwy ma ze stali. O tym, że jest to mąż honorowy i szlachetny, przekonujemy się w scenie, gdy mierzy z łuku do jelenia, ale rezygnuje ze strzału po tym, jak dostrzega podążające za zwierzęciem potomstwo. Chwilę później Glass dowiaduje się, że właśnie został mianowany kapitanem okrętu podwodnego i z marszu musi wyruszyć na dziewiczą misję. Marynarka wojenna zleca mu zbadanie okoliczności zaginięcia rosyjskiej jednostki w arktycznych głębinach. Odkrycie, którego dokona bohater, zainicjuje łańcuch zdarzeń mogących doprowadzić do III wojny światowej. Płyniemy po czterech naszych i jednego rosyjskiego prezydenta! - zarządza w pewnym momencie Glass, streszczając w jednej krótkiej komendzie fabułę całego filmu.  Silniki sprawne, pełna moc!


No, prawie pełna. Dotarcie do pierwszego punktu zwrotnego zajmuje twórcom bitą godzinę. Kiedy jednak wszystkie fabularne puzzle wskakują wreszcie na swoje miejsce, "Ocean ognia" nabiera odpowiednio wysokiej temperatury. Pod wodą okręty bawią się w zbijaka i chowanego przy pomocy torped oraz min, zaś na lądzie niewielkie komando próbuje utrzeć na krwawą miazgę nosa garnizonowi siepaczy uzbrojonych w kałasznikowy. Najsłabiej wypada tu wątek rozgrywający się w amerykańskim sztabie kryzysowym - nie tylko wydaje się zbędny z dramaturgicznego punktu widzenia, ale także w okrutny sposób marnotrawi talent Gary'ego Oldmana pojawiającego się w zaledwie kilku scenach.


Scenariusz nie jest wolny od absurdów, delikatnych dłużyzn i ociekających patosem dialogów. W swoich najlepszych momentach "Ocean ognia" sprawdza się jednak jako bezpretensjonalne połączenie zimnowojennego dreszczowca oraz kina akcji. Pochodzący z RPA reżyser Donovan Marsh wie, jak zainscenizować z nerwem sceny podwodnych skradanek i naziemnych strzelanin. Z kolei grający główne role Butler oraz zmarły w czerwcu ubiegłego roku nieodżałowany Michael Nyqvist dostarczają udane kreacje darzących się szacunkiem wilków morskich z przeciwnych stron barykady.  Jeśli nie macie za wysokich oczekiwań, możecie wziąć głęboki oddech i zanurzyć się razem z nimi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 59% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni