Recenzja filmu Fuga (2018)
Agnieszka Smoczyńska

Niepamięć

Kto spodziewał się, że Agnieszka Smoczyńska pójdzie za ciosem "Córek dancingu" i zaproponuje kolejny seans kinowego "nocnego szaleństwa", ten może się srogo "Fugą" zdziwić. Zamiast ferii barw ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Fuga (2018)
"Lampa" – głosi karteczka przyklejona do lampy. "Stół" – czytamy na karteczce przyklejonej do stołu. Kinga (Gabriela Muskała) wraca do rodziny po dwóch latach nieobecności, cierpiąc na tak zwaną fugę dysocjacyjną: kobieta nie pamięta, kim jest, nie rozpoznaje matki, męża ani syna, nie jest pewna, co robiła przez ostatnie miesiące. Owa karteczkowa tautologia to zalecona przez lekarza proteza dla jej uszkodzonej pamięci. Podpisywanie przedmiotów ma wyeliminować ambiwalencję w bezpośrednim otoczeniu chorej, przywrócić desygnaty znakom – w nadziei, że bezpieczna semantycznie przestrzeń pomoże uruchomić proces przypominania. Synek Kingi, Daniel, znajduje tu jednak doskonały pretekst do zabawy, do popuszczenia wodzy wyobraźni: a co gdyby pozamieniać karteczki miejscami? Czy jeśli stół nazwiemy lampą, to będzie wciąż stołem czy może już lampą? Czy jeśli Kinga wróci do domu, nie pamiętając nawet, że tak ma na imię i przedstawiając się jako Alicja, to jest wciąż Kingą czy może już Alicją? O tym jest to film.

Kto spodziewał się, że Agnieszka Smoczyńska pójdzie za ciosem "Córek dancingu" i zaproponuje kolejny seans kinowego "nocnego szaleństwa", ten może się srogo "Fugą" zdziwić. Zamiast feerii barw jest przyblakła, monochromatyczna paleta, zamiast muzycznej imprezy – cicha psychodrama, zamiast ekstrawagancji i ekstrawersji – introspekcja. To film spokojniejszy, dojrzalszy, precyzyjniejszy; zarazem bardziej czuły i bardziej okrutny. Pod pewnymi względami bliżej tu do "Arii Divy" niż do "Córek…". W krótkim metrażu Smoczyńskiej z 2007 roku Gabriela Muskała wcieliła się w postać pozornie szczęśliwej kobiety duszącej się w klatce małżeństwa oraz macierzyństwa i nieśmiało poszukującej odpoczynku od społecznej roli, jaka przypadła jej w udziale. W granej również przez Muskałę Kindze/Alicji z "Fugi" można dostrzec wersję tamtej kobiety. Taką, która poszła o krok dalej i spróbowała uciec ("fuga" to po łacinie "ucieczka") przed sobą samą.

Smoczyńska i Muskała kruszą fundamenty społecznego ładu, pokazując, że happy end nie następuje momentalnie, gdy tożsamość zaginionej zostaje zidentyfikowana. Bohaterka wraca na łono rodziny – i następuje zgrzyt. Nie ma spodziewanych łez i uścisków, czułego spotkania po latach: w miejsce "Kingi", przykładnej żony, matki i córki, pojawia się "Alicja": wulgarna, antypatyczna, niedotykalska nieznajoma. Radość bliskich na swój widok odbiera ona niczym atak, oni z kolei w jej rezerwie widzą potwarz, obelgę. "Jak to możliwe, że pamiętasz, gdzie znajdują się korki, ale do matki zwracasz się proszę pani?", wypomina Kindze mąż (Łukasz Simlat). "Fuga" śledzi z uwagą, gdzie przebiegają linie władzy i przynależności; pokazuje, jak przyklejamy sobie kolejne karteczki definiujące, kim jesteśmy, czyją własnością jesteśmy, co nam wolno, a czego nie. 

Smoczyńska piętnuje tu bezwzględność społecznego ciążenia ku status quo, wkłada kij w szprychy społecznej (narodowej) świętości, jaką jest rodzina. Od odnalezionej żony oczekuje się przecież, że wróci w podskokach do męża i roztoczy ponownie opiekę nad synem, kropka. Musi przy tym zdjąć bluzę z kapturem, getry w panterkę i poszarpaną kurtkę, bo matce przystoi sukienka, sweterek i nienachalny makijaż. "Fuga" to opowieść o tym, że jesteśmy naszymi rolami społecznymi; że przynajmniej niektóre z tych ról chcą pozostać niezbywalne, dożywotnie. I że jest w tym fakcie nie tylko rodzaj przymusu, ale też… poczucie bezpieczeństwa. Reżyserka niuansuje dalej: okazuje się, że amnezja może mieć też skutki pozytywne, jest sposobem na magiczne "zaczęcie od nowa", na wybaczenie sobie i bliskim. W wypalonym małżeństwie może posłużyć nawet za afrodyzjak. To jednak wciąż miecz obosieczny. Smoczyńska zadaje niepokojące pytanie: kto – albo co – zostanie po odrzuceniu owej społecznej maski? I jeśli bez niej jesteśmy wolni, to czemu wizja podobnej wolności budzi taki strach?

"Fuga" stawia widza w interesującej perspektywie: widz wie (a raczej nie wie) tyle samo co bohaterka. Tożsamość Kingi konstruujemy więc razem z nią, na bieżąco. Film otwiera długie ujęcie, w którym kamera podąża za kulejącą Kingą, wychodzącą z ciemnego tunelu: czarny ekran powoli się rozjaśnia, zaczynamy rozróżniać kształty, ale nawet kiedy obraz wreszcie staje się czytelny, nie przychodzi ukojenie. Smoczyńska raz za razem opisuje przestrzeń w kadrze za pośrednictwem ruchu kamery albo dyskretnej transfokacji, jakby naśladując proces odkrywania świata, skupionego przyglądania się, przypominania. Świetnie wykorzystano tu lokacje: plenery Dolnego Śląska mają w sobie rodzaj ekranowego nieopatrzenia, tajemnicy, ale i bezpiecznej anonimowości. Choć reżyserka identyfikuje miejsce akcji jako "gdzieś pod Wrocławiem", to i tak wydarzenia wydają się toczyć się w jakimś "nigdzie". Dom, w którym Kinga mieszka z mężem i synem, wysyła z kolei sygnał: przejrzystość, przezroczystość. Duże okna, tafle szkła, wrażenie bycia na widoku są jednak złudzeniem – tajemnice wciąż pozostają tajemnicami.
 
Przestrzenne metafory z "Fugi" nabierają dodatkowej mocy, gdy okazuje się, że Kinga w poprzednim życiu była nauczycielką geografii. Smoczyńska przykłada tu do ludzkiej psychiki słynną poznawczą zagwozdkę o rozdźwięku między mapą a terytorium. W jednej ze scen mąż Kingi opisuje szczegółowo "geografię" jej ciała, położenie każdego pieprzyka, zmarszczki, znamienia, blizny. Kinga to dla niego tyleż osoba, co zbiór fizycznych i psychicznych cech, ludzka baza danych. A jednak wszystkie "twarde" informacje – piny, dowody tożsamości, numery telefonu, adresy – nie są w stanie opisać w pełni osoby. Zawsze zostaje jakaś reszta, coś gubi się w tłumaczeniu. Nieprzypadkowo realistyczne sceny przeplatane są tu sekwencjami o niejasnym statusie, nie wiadomo: snami, wizjami czy wspomnieniami Kingi. Tak funkcjonuje również scena rodzinnego wypadu nad morze, chyba celowo niezapowiedziana, niewyjaśniona w scenariuszu. Bo kiedy nagle z Dolnego Śląska przenosimy się na wybrzeże, gdzie bohaterka gubi się na białej jak kartka papieru (tabula rasa?) plaży, jej brak orientacji uderza z podwójną siłą. Gdzie jestem, kim jestem, co jest jawą, a co nie?

Podróż tym labiryntem tożsamości nie byłaby tak sugestywna, gdyby nie rola Muskały. Aktorka sama napisała sobie scenariusz i de facto dźwiga "Fugę" na własnych barkach. Łukasz Simlat z zaciętą twarzą i smutnym spojrzeniem (jako mąż Kingi) oraz mały Iwo Rajski (jako jej syn Daniel, rzadkie w polskim kinie wiarygodne dziecko) tworzą dla niej wdzięczny kontrapunkt, ale to ona JEST filmem. Smoczyńska świetnie wykorzystuje fakt, że choć widownia nie zna Kingi (czy Alicji), to zna aktorkę wraz z jej nie-dającym-się-nie-lubić emploi. A ponieważ mamy w pamięci Muskałę sympatyczną, nasze pierwsze spotkanie z "Alicją" jest jak kopnięcie w brzuch. To ten sam szok, którego doświadczają jej bliscy: kim jest ta obca, rozczochrana, pyskata kobieta? Gdzie jest "Kinga"? Gdzie jest Gabriela Muskała? Stopniowo jednak zacięty, wrogi grymas rozluźnia się, rysy łagodnieją, twarz ociepla się. Muskała gra oszczędnie, mimo to przeprowadza swoją bohaterkę przez całe spektrum stanów, ujawniając jeszcze jeden aspekt zmian tożsamości: grę, zabawę, maskaradę. Zupełnie jakby chciała nas ostrzec: nie lekceważcie zamkniętej w jakimś emploi i oddelegowanej do drugiego planu aktorki; nigdy nie wiadomo, kto jeszcze się w niej kryje.
 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (63 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry