Recenzja filmu Bohemian Rhapsody (2018)
Bryan Singer

Rock Avengers

Reżyser i jego ekipa wielbią talent Freddiego Mercury'ego, ale po bardziej interesujących epizodach z jego życia ledwie się prześlizgują. Uczynili z niego świętego muzyki rozrywkowej, a ...
Filmweb sp. z o.o.
O zmarłych dobrze albo wcale? Ta maksyma przyświecała najwyraźniej twórcom "Bohemian Rhapsody" - film podpisany nazwiskiem Bryana Singera (choć, jak wiadomo, reżyser nie dokończył obrazu) leży na antypodach takich takich obrazów jak "Whitney" Kevina Macdonalda. Nie ma tu żadnego studium osobowości niezwykłego artysty. Na próżno szukać co bardziej kontrowersyjnych faktów z biografii piosenkarza. Reżyser i jego ekipa wielbią talent Freddiego Mercury'ego, ale po naprawdę interesujących epizodach z jego życia ledwie się prześlizgują. Uczynili z niego świętego muzyki rozrywkowej, a z  "Bohemian Rhapsody" - hagiografię. Gdy na napisach końcowych wybrzmią ostatnie dźwięki jednego z dziesiątek evergreenów Queen, widzom pozostanie tylko wznieść ręce do nieba i zakrzyknąć "Alleluja!". 

photo.title
 
Ponieważ w kulturze masowej miejsce świętych od co najmniej dwóch dekad zajmują komiksowi herosi, tak więc i hagiografia Mercury'ego przypomina ekranizację jednej z obrazkowych historii Marvela. Co zresztą nie powinno za bardzo dziwić. W końcu Singer należy do ojców sukcesu współczesnych widowisk komiksowych. W "Bohemian Rhapsody" mamy jasny podział na bohaterów (zespół Queen) i złoczyńców (Paul Prenter). A ponieważ współczesne widowiska komiksowe lubią pozorować moralną niejednoznaczność, stąd Freddie Mercury został naznaczony słabością (potrzeba bycia uwielbianym przez cały świat), a czarny charakter został pchnięty na drogę zła przez smutny splot okoliczności (nieodwzajemniona miłość). 

photo.title
 
Komiksowość filmu widać również w strukturze fabuły. Na początku Freddie Mercury jest nikim, szarym człowieczkiem pracującym jako bagażowy na lotnisku. Swoją moc - magnetycznego showmana, który potrafi zahipnotyzować tłumy - ujawni dopiero podczas przypadkowego spotkania z członkami zespołu, będącego właśnie na skraju upadku. Od tego momentu historia toczy się wartko. Mamy budowanie ekipy herosów, pierwsze wprawki ze skutecznego korzystania z mocy i starcia z pomniejszymi złoczyńcami (jak Ray Foster, który przeciwny jest wydaniu "Bohemian Rhapsody"). Twórcy filmu bardzo dużo wysiłku włożyli w to, by przekonać widzów, że Freddie Mercury nie był jedyną gwiazdą zespołu Queen. Wszyscy członkowie są generalnie jak Avengers - mają swoje moce i razem stanowią siłę, której nic nie może się równać. 

photo.title
 
W drugiej części widowiska następuje atak złoczyńcy, który niemal pogrążył bohaterów. Paul Prenter mógłby spokojnie być członkiem komiksowej organizacji Hydra, tak diabolicznie oplótł sobie wokół palca Freddiego. Ekipa filmowa nie patyczkuje się i robi z niego drania odpowiedzialnego za całe zło w życiu piosenkarza. Ale spokojna głowa - w finale nastąpi triumfalny powrót bohaterów, którzy w pełni wykorzystają swoje dary, by dosłownie uratować świat ("Bohemian Rhapsody" zaczyna się i kończy  na Wembley podczas charytatywnego koncertu w ramach pomocy głodującej Afryce). 

photo.title
 
W tak zrealizowanym obrazie nie ma oczywiście miejsca na jakąkolwiek prawdę. Singer i spółka dość swobodnie traktują fakty, dlatego też osoby znające biografię Mercury'ego na wylot, będą miały spore problemy z zaakceptowaniem tego, co przedstawiono na ekranie. Piosenkarz i jego żywot zostały sprowadzone do gatunkowych klisz podanych zgrabnie, w łatwo przyswajalnej mieszance scen wzruszających i bawiących. Również gra aktorska jest solidna, ale bezpieczna. Kreacje pozbawione są emocjonalnej głębi, a sam Rami Malek rzuca się w oczy wyłącznie dzięki protezie zębów. Rzecz zrealizowana jest w sposób bezosobowy i mechaniczny. Nie czuć w niej autorskiej ręki. No może z wyjątkiem pojedynczych scen, jak choćby konferencji prasowej, która zaskakuje emocjonalną intensywnością. Cóż, być może reżyser utożsamił się na chwilę z Mercurym, mając podobne doświadczenia z dziennikarzami. 

photo.title

 
Pomimo tych uproszczeń, większość fanów Queen powinna wyjść z kina zachwycona. Nie będzie to jednak zasługa reżysera, scenarzystów ani też obsady, a samego zespołu. W "Bohemian Rhapsody" umieszczono całą masę przebojów Queen i to właśnie one porywają serca, wzbudzają zachwyt, wywołują łzy i uśmiech na twarzy. Film udowadnia, że mimo upływu lat, geniusz artystyczny zespołu oraz jego lidera wciąż pozostaje żywy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 36% uznało tę recenzję za pomocną (671 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)